Z Socjusem przy bilardzie

Padało w nocy. Ziemia nasycona wodą ugina się pod butami. Wydeptana ścieżka prowadząca do kompostu przestała być wydeptana. Jest pokryta warstewką wody – lśni i połyskuje. Powietrze jest szare. Drzewa są szare. Właściwie wszystko jest szare, bo wschodzące słońce nie może się przebić przez chmury.

W ogrodzie jest cicho. Nawet ptaki nie śpiewają jakby na podobieństwo ludzkie, po świątecznych biesiadach, z pełnymi brzuchami, zaszyły się w suchych miejscach, odsypiają, trawią, śnią i czekają na więcej światła.

Przyłapuję się na tym, że nic nie robię. Przyglądam się szarości dnia, szarości wszystkiego i czuję, że cisza nie jest samotna, że są ukryte w niej miejsca roziskrzone, roztańczone, tak jak otwór w stole bilardowym, który czeka na kulę, w stole naszego Socjusa.

„Nasz Socjus”, pobrzmiewa mi w głowie. Czym on jest? Może po latach spotykania się w budynku „Pod bocianem”, na drugim piętrze, spotykania się ludzi na rocznicach niepicia, wigiliach, terapiach, zwykłych pogawędkach, Socjus przestał być „Czym”, a stał się „Kim”. Więc może bardziej odpowiednim pytaniem będzie: Kim on jest?

Można i tak. Język polski posiada w swoim zanadrzu słowa na opisanie takich sytuacji. Zaglądam do sieci, do internetowego słownika PWN i odnajduję (żeby sprawdzić czy dobrze pamiętam) słowo „personifikacja”. Nie myliłem się. Personifikować, to przypisywać np. rzeczom cechy ludzkie. Więc przypisałem naszemu Socjusowi człowieczeństwo. Bo jak tu nie przypisać? Po tej ludzkiej fali, która się przez niego przewaliła. Po smutkach i radościach naszych. Po dyskusjach o tym jak radzić sobie z piciem, czy ze złością, o śmierciach naszych koleżanek i kolegów, o życiach codziennych, na pozór szarych, ale mimo wszystko roziskrzonych i roztańczonych, bo wbrew kłodom pod nogami, wbrew przeciwnościom losu, często naszej niechęci, przebijamy się przez gęste chmury, zwlekamy się ze swoich wygodnych foteli w domach i idziemy do Socjusa choćby na chwilę, raz w miesiącu albo raz dziennie, żeby usłyszeć, na przykład, dźwięk wydobywający się z kuli uderzanej czubkiem kija.

No to jak już się posunąłem w kierunku personifikacji, to przecież mogę tego uczłowieczonego Socjusa potraktować jak koleżankę albo kolegę, wziąć go za rękę, wspiąć się schodami na piętro, minąć dwa okna, podejść do stolika, wpisać się do zeszytu, oznajmiając, że oto, na teren Stowarzyszenia, weszli starzy kumple, którzy chcą popatrzeć na grających w bilard, chcą przebić się przez szarość dnia, rozpędzić gęste chmury i usłyszeć-zobaczyć, że w ciszy otworu bilardowego stołu ukrywa się roziskrzone i roztańczone słońce. Tak właśnie go (Socjusa) potraktowałem. Wyszedłem z ogrodu i razem pojechaliśmy na ulicę Kraszewskiego 18.

Siadam z Socjusem na krześle pod ścianą. Słyszymy śpiew kukułki, która nagle wyskoczyła z zegara i oznajmia godzinę. Przy bilardowym stole krząta się Edyta – trójkątem porządkuje kule na zielonym suknie. Ambroży sięga po kredę i naciera nią czubek kija. Zaraz rozpocznie się gra. Do pokoju zagląda prezes. Pod ekspozycją (miejsce gdzie znajdują się medale, dyplomy, statuetki i puchary) siedzą stali bywalcy, najtwardszy elektorat naszej społeczności. Oni i ja z Socjusem zacieramy ręce. Rozlega się dźwięk pierwszego uderzenia. Kule rozbiegają się po zielonym suknie. Kolory i półkolory mieszają się ze sobą.

– No, nie tak. Ten kąt byłby dobry, gdybyś uderzyła kijem cztery milimetry od środka. Wózek, to ty możesz zrobić, ale nie w tej konfiguracji. Trzeba być zdolnym, żeby wybić bilę na podłogę. Mistrzowskie zagranie, zupełnie jak Antek, uderza tu, a wpada tam, mistrz przypadku – komentujemy.

Bile wpadają do otworów, toczą się kanałami, zastygają w pojemniku i czekają na nowe rozdanie. Patrzę w okno. Po chwili na mojego uczłowieczonego kolegę. Słońce przedziera się, najpierw przez chmury, później przez szyby. Migocze na twarzy Socjusa.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz