Na targ czy do lepszego?

Przez „Dziesiątkę” tworkowską przeszło wiele osób. Też tam bywałem, codziennie, przez dwa miesiące. Byłem dochodzącym pacjentem. Tam właśnie poznałem Amelię, której, na jednym z warsztatów, terapeutka prowadząca, zasugerowała: może powinna pani kupić motor, skórzane ciuchy i ruszyć w trasę, ale nie taką (trasę) z butelkami (wódki) w drodze.

Nijak nie mogłem dopasować Amelii, to znaczy mojego wyobrażenia o niej, do postaci z bajki harleyowskiej, do grupy facetów na ciężkich motorach, a wśród nich Amelię, dochodzącą do 60-tej wiosny swego życia. No bo jak? Skryta, zahukana, przeciętnie wyglądająca, bez fantazji, ledwie sklecająca zdanie złożone. Proszona o głos podczas zajęć grupowych, wykręcała się od wypowiedzi, a jak już opowiedziała kilka szczegółów ze swego piciorysu, to ni w pięć, ni w dziesięć była to mowa.

Miała jednak swój życiorys alkoholowy. Każdy pijący go ma, tak jak ma go każdy człowiek. Ona może trochę bardziej dramatyczny od przeciętnego, statystycznego Polaka. Jej terapia na „Dziesiątce” była którąś z kolei, co znaczyło, że się nie poddaje, że jest jej niewygodnie z sobą, z tą, która po przebudzeniu ma depresję, której trzęsą się ręce, a jedyną myślą, jedynym uczuciem po otworzeniu oczu, jest alkohol.

Czy to jest dramatyzm? Na tle osób, które nigdy nie miały problemu z alkoholem – może tak? W świecie pijących nadmiarowo – to rutyna, nic nadzwyczajnego, standard.

Jest jednak jedna wspólna cecha, która pojawia się nieustannie u pijących w nadmiarze, umiarkowanych, bezproblemowych czy abstynentów.

Wtedy, w trakcie odbywania kuracji, Harley dla Amelii, umknął mojej uwadze, tak jak umknęła mi wspólna cecha, o której wspomniałem.

Motor zapewne, był zachętą, tak mi się wydaje, terapeutki, by pacjentka porzuciła dotychczasowe życie z wódką, wsiadła na motor i dojechała w miejsce, w którym pozna samą siebie, miejsce, w którym nie będzie musiała walczyć o trzeźwość.

Żeby jednak mogła się taka przemiana dokonać niezbędny jest wehikuł czasu, by zacząć od jakiegoś miejsca i, w trakcie miesiąca, roku, lat dziesięciu, rozwinąć swoją osobowość, uczuciowość, sposób myślenia, słowem stać się kimś innym, kimś, kto nie będzie myślał po przebudzeniu o „zaprawieniu się”.

Gdyby chcieć krótko powiedzieć, można by użyć następującego sformułowania: muszę zmienić to, co jest, na to, co powinno być. To jest ta cecha wspólna, która umykała przez lata mojej uwadze, cecha, która wydaje się być wszech-obecną, wszech-pożądaną i wszech-działającą – wśród wszystkich, począwszy od alkoholików, kończąc na abstynentach.

Takich cech wspólnych jest sporo i pewnie można by wiele o nich powiedzieć, ale ta cecha, ta potrzeba zmieniania się z tego, co jest w to, co powinno być, nie wiem dlaczego, wyłoniła się przypominając się harleyowym epizodem Amelii sprzed niemal 15-tu lat.

Jest trzecia nad ranem. Domownicy śpią. Na podłaźniczce palą się lampki. Na dworze 8oC, pochmurno, temperatura odczuwalna 4oC, ciśnienie 1011hPa – tak przynajmniej podaje jeden z portali www. Ani mrozu, ani śniegu, choć koniec grudnia. Za to w USA zawieje i zamiecie śnieżne. W Ukrainie nadal walczą. Sondażownie w sieci podają wyniki badań: ludzie chcą, by Rosja zaprzestała wszelkich działań wojennych. Zapewne kiedyś się to stanie: za miesiąc, rok, za lat dziesięć?

Łapię się na tym, że też chcę coś w sobie zmienić. Rozszerzyć swoje horyzonty, wznieść się na wyżyny, porzucić stan obecny, bo to, co jest wydaje się nijakie. To działanie wydaje się słuszne, pozytywne, no bo jak się zmienić na lepsze bez wysiłku, pracy nad sobą, rozwoju? Stan bycia lepszym, jest o wiele lepszym od stanu bycia gorszym. Marek Grechuta śpiewał, że ważne są jedynie te chwile, których jeszcze nie znamy. Tylko, że kiedy je poznałem, one wcale nie były ważniejsze, nie były lepsze. Owszem, wczoraj nieporadnie wbijałem gwoździe w deskę. Dziś robię to z wprawą. Wczoraj myszka komputerowa sprawiała mi kłopot. Dziś posługuję się nią biegle. Ale czy od terapii na „Dziesiątce”, moja arogancja wyparowała? Samolubstwo zginęło?

Jest w tym coś niespójnego. Proces stawania się lepszym, jest podejrzany, ponieważ jest tak mało skuteczny. Tutaj można by przytoczyć wiele przykładów z naszych relacji, z naszego koleżeństwa, rywalizacji, rozpadania się więzi. Wydaje się, że mamy coraz lepsze narzędzia do rozwiązywania problemów, naprawiania naszego człowieczeństwa. Posługujemy się jednodniowymi, tygodniowymi, a nawet rocznymi terapiami, warsztatami, na których się uczymy żyć bez złości, agresji i arogancji. Planujemy pozbyć się samolubstwa. Wciąż o tym się mówi i nie tylko w środowisku trzeźwiejących i ich sympatyków. Wspólnoty religijne też o tym mówią. Liberałowi, konserwatyści, nie wspominając o politykach nawołują do pracy na rzecz miłości, dobra, pokoju…

Wpatruję się w lampki na podłaźniczce. Zmieniają się kolory. Czerwienie przechodzą w zielenie, a te w żółcie. Kiedy oświetlenie gaśnie, w pokoju robi się ciemno. Włączam żyrandol. Robi się widno. Na ścianie wisi obraz. Wpatruje się w niego. Namalowała go moja żona. Na piaszczystej drodze, na tle zielonej plamy lasu (bambusowego?) stoi postać w czerwonej koszuli i chińskim słomkowym kapeluszu. Ręce opiera o kierownicę roweru. Zapewne gdzieś się udaje, może po zakupy na targ, a może zatrzymał się (nie widać jej/jego twarzy). Może właśnie zobaczył/a, że droga i rower nie są po to, by coś w sobie zmieniać, ale po to by przywieźć do domu ryż, warzywa i przyprawy.

Korci mnie, by obudzić żonę i zapytać ją, co namalowana przez nią postać zamierza zrobić. Jest 3:30 rano. Poczekam do 8:00. Właśnie zobaczyłem, że jestem życzliwy i wcale nie musiałem się o to starać.

Autorka akwareli: Maria Piasecka

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz