Martwy punkt

Bohaterowie, miejsce, czas w tej relacji, są fikcyjni. Fakty, niekoniecznie. Wiele osób Ruchu Abstynenckiego w Polsce mówiło o podobnych zdarzeniach głośno, więc można się było o nich dowiedzieć. W ten sposób światło dzienne ujrzały fakty, o których filozofowie nie śnili. Fakty, które chciały się opisać. No i się opisały.

Na dwudniowy Zlot Abstynencki, do pensjonatu położonego na peryferiach miasta, przyjechała para – od dwudziestu lat żyjąca w związku konkubinackim; od lat dziesięciu działająca w Ruchu Abstynenckim. Unikali alkoholu. Bali się go jak diabeł święconej wody. Ośmielali się jednak sięgać po jedzenie w sposób nadmiarowy. Była to ich potrzeba, rodzaj kompensaty, po pustce poalkoholowej, po decyzji odstawiennej, skutkującej całkowitą abstynencją, raz na zawsze i do końca życia.

Byli zgraną parą. Tandemem. Podczas posiłków, śniadań i kolacji, zachowywali się w połowie ostentacyjnie i kontrowersyjnie, a w połowie skrycie i systematycznie. Zawsze widziano ich razem. Podśmiewano się z nich po cichu, szepcząc, w czasie przerw między wykładami, o istocie ich związku, który przypominał przysłowiowe papugi nierozłączki.

Ona, wkraczając na salę posiłkową, natychmiast stawała się centrum zainteresowania uczestników Zlotu. Ubierała się wyzywająco. Kontrowersyjnie. W mini spódnicach paradowała. Epatował ostrym makijażem. Obwieszała ciało biżuterią. Zachowywała się ostentacyjnie potrząsając głową oszałamiająco. Frywolnymi ruchami palców rozczesywał włosy strosząc je tudzież przygładzając. Słowem, nikt z uczestników Zlotu Abstynenckiego nie przeszedł obok niej obojętnie. Wpatrywano się w nią z podziwem, niesmakiem, nienawiścią i zazdrością. Wzbudzała skrajne i wykluczające się emocje. Jednak pod względem kindersztuby towarzyskiej umiała się zachować.

Sześćdziesiąt osób Zlotu, podczas śniadania, na raz, jednocześnie, nie mogło spożywać. Tworzyła się kolejka, do której ona, taktownie dołączała. Krok po kroku, nie spiesząc się, rozsiewając wokół siebie zapach kwiatów „Salvador Dali”, zatrzymywała się przy stosie talerzy. Brała dwa i przesuwała się w stronę półmisków, salaterek, kokilek i bemarów. Na talerze nakładała: pokrojoną cienko szynkę, kawałki pasztetu, sery zwykłe i pleśniowe, kromki chleba, bułki, masło w kosteczkach, odsączone ogórki konserwowe. Otwierała bemary. Szczypcami wyciągała z nich parówki lub kawałki kiełbasy oddzielając od niej smażoną cebulę.

Spostrzegawczy uczestnik lub uczestniczka Zlotu bez trudu zauważyliby jej tendencyjne nakładanie. Brała wyłącznie, można by rzec, suchy prowiant – unikała wilgotnych treści takich jak jajecznica, jaja w majonezie czy plastry łososia polane sosem tatarskim.

Nikt jednak nie zauważał jej wybiórczego się prowiantowania. Uczestnicy Zlotu, szczególnie jego męska część, sugerowała swoim partnerkom, żonom i koleżankom, że w podobny sposób chcieliby dostawać śniadanie. Rozlegały się szepty, że:
– On to ma dobrze. Widzisz. Zanosi mu zawsze pod nos. Siedzi jak turecki basza. Taka wyfiokowana, a skacze wokół niego. Co ona w nim widzi?

Partnerki, żony i koleżanki panów włączały się w dyskurs. Ripostowały celnie, że:
– Jak głupia, to niech mu nosi. Co z niej za cudo? No, kobieta. Wielkie mi, co. Masz nogi i rączki, sam sobie przynieś. Kawy bym się napiła. Rusz dupę i przynieś.

Ona w tym czasie, kroczyła dostojnie od półmiska do półmiska. Od bemaru do bemaru. Układała dwie egipskie piramidy na talerzu i szła do stolika, gdzie siedział jej partner z przygotowanym plecakiem umieszczonym w martwym punkcie, w miejscu wybranym starannie przez niego – niewidocznym dla uczestników Zlotu.

On był przeciwieństwem swojej partnerki. Szary. Nijaki. Nie rozstawał się z plecakiem. Po wejściu do sali jadalnej badał tę jej część, gdzie znajdowały się stoliki i krzesła. Przyglądał się miejscom wolnym i zajętym. Taksował odległości.

Ta część jadalni, gdzie znajdowały się półmiski z jedzeniem, bemary z gorącymi przekąskami, automat do kawy, termosy z herbatą, dla niego nie istniały. Był jak kwoka, która wraca na spoczynek do kurnika i szuka miejsca dla swoich kurcząt.

Po oględzinach wybierał miejsce, pusty stolik. Zasiedlał je. Kilka sekund zajmowało mu ustawiane krzeseł. Po czym siadał na jednym z nich. Mościł tapicerowane siedzisko pośladkami. W międzyczasie zdejmował plecak. Kładł go w miejscu najmniej widocznym, za pustym krzesłem przygotowanym dla swojej partnerki, nazywanym przez nich „martwym punktem”. Tak przygotowany, rozpoczynał rytuał. Podsuwał serwetnik z serwetkami. Lubił mieć higienę ust w zasięgu ręki. Z kieszenie wyjmował zwitek papieru toaletowego, który wcześniej pozyskiwał w toalecie. Kładł go przed sobą. Następnie sięgał po sztućce z koszyka. Przecierał je starannie i odkładał. Wygładzał obrus delikatnymi ruchami dłoni. Balansował przy tym ciałem tak, jakby szukał równowagi między sobą, stolikiem, a swoją partnerką krzątającą się przy stole szwedzkim. Wyglądało to tak jakby zgrywał coś w czasie. Milczał. Nie odpowiadał na pozdrowienia przychodzących na śniadania i kolację. Naśladował kameleona, tworząc mimikrę.

Uczestnikom Zlotu Abstynenckiego zdawało się, że go nie ma. Wielu osobom było to na rękę, bo przyjeżdżali po spokój i wypoczynek. Znali zgiełk tego świata. Wiedzieli, co znaczą rozmowy przy stole do rana, albo od rana. Więc podziwiali nadzwyczaj spokojnego uczestnika. Co więcej, w rozmowach kuluarowych, w tak zwanym międzyczasie wykładów, wspominali o nadzwyczaj spokojnym i grzecznym mężczyźnie, bardzo podobnym, do Denzela Washingtona, ze scen, filmu pt. „Bez litości”, w których aktor przygotowywał się do jedzenia lunchu.

Wreszcie nadchodził punkt kulminacyjny. Ona podchodziła do stolika, do partnera wpatrzona w przygotowany przez niego martwy punkt. Pochylała się tak, by patrzącym wydawało się, że stawia przed nim talerz ze śniadaniem. Zgrabnym ruchem dłoni, uprzednio wyćwiczonym podczas manipulacji przy włosach, zsuwała kopiastą porcję do plecaka. Pusty talerz, niezauważalnie, podkładała pod talerz pełny i stawiała naczynia z piramidą jedzenia przed nim.

Gdy usiadła, spoglądał na nią z druzgocącym wyrazem twarzy, udając ukochane oburzenie, modulując głos na troskliwą nutę, przemawiał do niej, zerkając spod oka na stołujących obok.
– Dlaczego nie wzięłaś dla siebie śniadania? Coś ci dolega? Martwię się. Wiesz, że cię kocham. Ciężki dzień przed nami. Dziesiątki godzin wykładów jest na agendzie! Jak ty bidulo to wytrzymasz?
Po skończonej przemowie spoglądał przed siebie, jakby na wprost niego, po drugiej stronie stołu, siedział uczestnik albo uczestniczka Zlotu, jakby szukał w oczach, wyobrażonej postaci, potwierdzenia słów swoich.

Po jego inscenizacji do akcji wkraczała ona i mówiła, do tej wyobrażonej przez niego postaci, że:
– Powinnam zająć się też sobą, znaleźć czas na własny rozwój, relaks, asertywność i duchowość. Uczymy się przecież o tym podczas Zlotu na wykładach. Nasi prelegenci zachęcają do zajęcia się samą sobą. Jestem tego warta. Wiesz, chyba zrewiduje swoje postępowanie. Usługiwanie mężczyźnie to anachronizm.

Wpatrzona w miejsce, gdzie powinna stać jej porcja śniadaniowa, zbiedzonym i troskliwym głosem tłumaczyła głośno, że:
– W tym wszystkim zapomniałam o śniadaniu. No tak. Ale ten wczorajszy wykład o wypieraniu z siebie niechcianych treści, tak mnie zaabsorbował, że wyparłam swój głód i pamięć. Czy nie uważacie – zwracała się do wyobrażonego audytorium przy stole – oszukiwanie siebie, jest oszukiwaniem innych?

Z sali dobiegały do niej i do niego informacje zwrotne: brzęk noży, stuk widelców, syczenia pary, szuranie odstawianych i dostawianych krzeseł, łykanie kolejnych porcji jajecznicy, rozkrajanie bułek, kiwanie głów nad parującymi filiżankami z kawą i herbatą. Usłyszała nawet, że ktoś zgadza się z tezą o wypieraniu, lecz mimo wszystko, jeść trzeba.

Uradowana konkluzją wstawała. Po raz drugi, zajmowała miejsce w kolejce przy stole szwedzkim. Ze stosu brała dwa talerze i krok za krokiem przesuwała się w stronę gorących naleśników z jabłkami, które kelnerka ustawiał na końcu stołu. Rozkoszowała się zapachem cynamonu.

Subscribe to our newsletter!

Krzysztof Urban Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz